Detektyw Rick - cz. 1
Wysłany 23-02-2010 o 17:09 przez Riccardo
Tagi detektyw rick
Była dziesiąta rano. Detektyw Rick siedział przy biurku, nerwowo bębniąc palcami o blat. Czekał. Jego tajny informator, za pewną sumę pieniędzy, na szczęście niezbyt wygórowaną, obiecał przesłać mu pewien przedmiot. Rick był przekonany, że będzie niezbędny do dalszego śledztwa. Śledztwa które prowadził już od ośmiu miesięcy. Mimo poczynionych postępów, nadal nie widział rozwiązania. To jest większa zagadka niż mogłem się spodziewać – pomyślał Rick.
Z zadumy wyrwał go dzwonek do drzwi. Bezczelnie podszedł i palną Ricka w głowę – ej, wstawaj dziadu, ktoś mnie naciska – ryknął mu do ucha w języku dzwonków drzwiowych. Brzmiało to mniej więcej: ding dong. Rick od razu się domyślił, że to pewnie dlatego, iż dzwonek był chiński. To podsunęło mu pewną myśl, co do kraju pochodzenia owych przedmiotów, nad którymi od wielu miesięcy, trudził się detektyw. Otworzył drzwi. Stał w nich nie kto inny, ale listonosz. Wesoło uśmiechając się, wręczył Rickowi małą paczuszkę. Rick dał mu dwa złote. Wiedział, że z listonoszami trzeba trzymać dobrze. Zwłaszcza, jeżeli dostarczają paczkę, jeszcze przed jej wysłaniem.
Rick rozsiadł się wygodnie w fotelu, ważąc w rękach paczkę. Zadziwiająco lekka, pomyślał. Sprawdzając czy aby nie tyka (Rick doskonale widział, że bomby tykają – to nie prawda, że miał coś wspólnego z podpaleniem zegarmistrza), sięgnął po nóż. Niestety, na drodze stanęła mu lodówka. Po krótkiej walce i pokonaniu trzech parówek, Rick wrócił do otwierania paczki. Trzeba zachować najwyższą ostrożność, pomyślał. Z takimi paczkami nigdy nic nie wiadomo. Chociaż dostawca był bardzo zaufany, przecież po drodze mógł do koperty wleźć pająk. Rick bał się pająków. Te gigantyczne, 3 mm stworzenia, czaiły się we wszystkich kątach mieszkania. Tylko czekały, by wyjść nocą ze swych mrocznych... Rick się przebudził. Tak, bycie na nogach od dwóch godzin, wyczerpało go maksymalnie.
W paczce znajdowało się niewielkie, brązowe pudełko. Gustowne, zamykane na magnesik. Taaak, pomyślał Rick, piękna chińska robota. Przez chwilę napawał się widokiem. Był bardzo podekscytowany. Drżącymi rękami otworzył je. Jego oczom ukazało się... Nie, nie wierzył własnym oczom. W pudełku znajdowało się coś, dzięki czemu poczuł się, jak Ci wielcy detektywi. Np. porucznik Columbo. O tak, w pudełku znajdowało się El-Cigaro! Radość Ricka była nie do opisania. Dwie baterie, cztery kartomizery, ładowarka. Pełnia szczęścia. Już wiedział, że teraz nie musi się obawiać braku prądu. Ani że skończy mu się liquid. A wiadomo, nagła przerwa w dostawie, podczas pracy, mogła mieć katastrofalne skutki. Mózg Ricka niestety nie funkcjonował bez ciągłych dostaw glikolu. Nikotyna natomiast, rozjaśniała mu umysł, dzięki czemu mógł bezbłędnie rozwiązywać najbardziej skomplikowane zagadki kryminalne. A każdym razie, na pewno mu się kiedyś uda.
Wziął je do ręki. Szybkim ruchem zerwał małą nalepkę zabezpieczającą ustnik i przykręcił kartomizer do baterii. Kilka pociągnięć i Rick zniknął. W chmurze dymu. To jest to! Smak co prawda nie nachalny, kop też niezbyt mocny. Czyli akurat tak, żeby się z nim nie rozstawać. Rick wiedział, że teraz wzrośnie jego prestiż. Już widział oczami wyobraźni te wszystkie menty schodzące mu z drogi. I szacunek wśród pewnych dam, zamieszkujących okoliczne bramy i latarnie. Zwykle prychały na jego widok. Tak, teraz na pewno będą mu puszczać zalotne spojrzenia. Rick oczywiście z tego szydził, napawało go to obrzydzeniem, w końcu, od 5 minut, jest jednym z największych detektywów świata. W każdym razie w pasie. Rick uronił łezkę na wspomnienie swojej talii. Tak, kiedyś ją miał. Niestety, nigdy nie był hazardzistą, więc natychmiast ją przegrał. Na CD. Wiadomo, lepiej mieć zapas. Zapas Ricka był dosyć duży i zdecydowanie wylewał się znad pasa.
Kolejne pociągnięcia. W pokoju Ricka zrobiło się siwo i gęsto od dymu. Nie mógł przestać, to było silniejsze od niego. Zwłaszcza, że dzięki temu mógł na chwilę odłożyć pracę. Odłożył ją na tydzień.
Po tygodniu, znajomość Ricka ze swoim nowym przyjacielem, była już dosyć duża. Widział, że baterie ładują się dosyć długo. Na szczęście, równie długo działają. Jedna starcza zwykle na cały dzień, no może na dwie trzecie dnia. Zależy od tego, jakie ma się dni. Dni Ricka zwykle były krótkie. Wyglądały dosyć podobnie – Rick wstawał o świcie, koło 16tej, jadł śniadanie, obiad i dwa zapasowe obiady, po czym zajmował się pracą. Siedząc nad stertą papierów, obmyślał sposób, żeby w żadnym wypadku nie wychodzić w teren. Zwykle mu się to udawało. Niestety, pojemność kartridża, wynosząca 1,4 ml, zachęcała do wyjścia na zewnątrz. Ale zdecydował się na ten zawód, więc musiał być najlepszy. Znany był z tego, że przywiązywał wagę nawet do najmniejszych rzeczy. Tym razem przywiązywał ją do pralki. Żeby mi nie było jak ostatnim razem – ryknął na wagę. Biedna waga, ostatnim razem, widząc jak Rick zbliża się do niej ze wspaniale wytworzonym mięśniem piwnym uciekła pod szafę. Tym razem mi nie uciekniesz! Waga pisnęła cicho. Szarpanie się z wagą zajęło Rickowi tyle czasu, że postanowił zważyć się później. W knajpie.
Wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi. Miał dwie naładowane baterie i trzy kartomizery. Napełnił dwa virginią, trzeci zostawił oryginalny Davidoff. Tak na wszelki wypadek, jakby przyszło mu przesłuchiwać jakąś wytworną damę. Davidoff ma w końcu wspaniale perfumowany aromat. Idealny do obcowania z kobietami. Rick się tego domyślał, ponieważ kobiety zwykle nie obcowały z nim, w każdym razie nie bliżej niż 50 metrów. Podobno to przez aparycję. Na szczęście Rick nie wiedział co to aparycja, a i był pewien, że żadnej złapać nie mógł. Udał się więc do pobliskiej knajpki, gdzie był stałym klientem. Zamówił sześć golonek i wiadro piwa. Wydawało mu się, że słyszy z dali cichy pisk wagi, dorzucił więc jeszcze do zamówienia Colę Light. No trudno, dieta to dieta. Rozsiadłszy się wygodnie, konsumując w spokoju, zaczął przeglądać dokumenty. Natrafił na pewien trop. Trzeba będzie pozbierać elementy tej układanki, pomyślał. Już wiedział, że musi skontaktować się z pewnym gościem...
Z zadumy wyrwał go dzwonek do drzwi. Bezczelnie podszedł i palną Ricka w głowę – ej, wstawaj dziadu, ktoś mnie naciska – ryknął mu do ucha w języku dzwonków drzwiowych. Brzmiało to mniej więcej: ding dong. Rick od razu się domyślił, że to pewnie dlatego, iż dzwonek był chiński. To podsunęło mu pewną myśl, co do kraju pochodzenia owych przedmiotów, nad którymi od wielu miesięcy, trudził się detektyw. Otworzył drzwi. Stał w nich nie kto inny, ale listonosz. Wesoło uśmiechając się, wręczył Rickowi małą paczuszkę. Rick dał mu dwa złote. Wiedział, że z listonoszami trzeba trzymać dobrze. Zwłaszcza, jeżeli dostarczają paczkę, jeszcze przed jej wysłaniem.
Rick rozsiadł się wygodnie w fotelu, ważąc w rękach paczkę. Zadziwiająco lekka, pomyślał. Sprawdzając czy aby nie tyka (Rick doskonale widział, że bomby tykają – to nie prawda, że miał coś wspólnego z podpaleniem zegarmistrza), sięgnął po nóż. Niestety, na drodze stanęła mu lodówka. Po krótkiej walce i pokonaniu trzech parówek, Rick wrócił do otwierania paczki. Trzeba zachować najwyższą ostrożność, pomyślał. Z takimi paczkami nigdy nic nie wiadomo. Chociaż dostawca był bardzo zaufany, przecież po drodze mógł do koperty wleźć pająk. Rick bał się pająków. Te gigantyczne, 3 mm stworzenia, czaiły się we wszystkich kątach mieszkania. Tylko czekały, by wyjść nocą ze swych mrocznych... Rick się przebudził. Tak, bycie na nogach od dwóch godzin, wyczerpało go maksymalnie.
W paczce znajdowało się niewielkie, brązowe pudełko. Gustowne, zamykane na magnesik. Taaak, pomyślał Rick, piękna chińska robota. Przez chwilę napawał się widokiem. Był bardzo podekscytowany. Drżącymi rękami otworzył je. Jego oczom ukazało się... Nie, nie wierzył własnym oczom. W pudełku znajdowało się coś, dzięki czemu poczuł się, jak Ci wielcy detektywi. Np. porucznik Columbo. O tak, w pudełku znajdowało się El-Cigaro! Radość Ricka była nie do opisania. Dwie baterie, cztery kartomizery, ładowarka. Pełnia szczęścia. Już wiedział, że teraz nie musi się obawiać braku prądu. Ani że skończy mu się liquid. A wiadomo, nagła przerwa w dostawie, podczas pracy, mogła mieć katastrofalne skutki. Mózg Ricka niestety nie funkcjonował bez ciągłych dostaw glikolu. Nikotyna natomiast, rozjaśniała mu umysł, dzięki czemu mógł bezbłędnie rozwiązywać najbardziej skomplikowane zagadki kryminalne. A każdym razie, na pewno mu się kiedyś uda.
Wziął je do ręki. Szybkim ruchem zerwał małą nalepkę zabezpieczającą ustnik i przykręcił kartomizer do baterii. Kilka pociągnięć i Rick zniknął. W chmurze dymu. To jest to! Smak co prawda nie nachalny, kop też niezbyt mocny. Czyli akurat tak, żeby się z nim nie rozstawać. Rick wiedział, że teraz wzrośnie jego prestiż. Już widział oczami wyobraźni te wszystkie menty schodzące mu z drogi. I szacunek wśród pewnych dam, zamieszkujących okoliczne bramy i latarnie. Zwykle prychały na jego widok. Tak, teraz na pewno będą mu puszczać zalotne spojrzenia. Rick oczywiście z tego szydził, napawało go to obrzydzeniem, w końcu, od 5 minut, jest jednym z największych detektywów świata. W każdym razie w pasie. Rick uronił łezkę na wspomnienie swojej talii. Tak, kiedyś ją miał. Niestety, nigdy nie był hazardzistą, więc natychmiast ją przegrał. Na CD. Wiadomo, lepiej mieć zapas. Zapas Ricka był dosyć duży i zdecydowanie wylewał się znad pasa.
Kolejne pociągnięcia. W pokoju Ricka zrobiło się siwo i gęsto od dymu. Nie mógł przestać, to było silniejsze od niego. Zwłaszcza, że dzięki temu mógł na chwilę odłożyć pracę. Odłożył ją na tydzień.
Po tygodniu, znajomość Ricka ze swoim nowym przyjacielem, była już dosyć duża. Widział, że baterie ładują się dosyć długo. Na szczęście, równie długo działają. Jedna starcza zwykle na cały dzień, no może na dwie trzecie dnia. Zależy od tego, jakie ma się dni. Dni Ricka zwykle były krótkie. Wyglądały dosyć podobnie – Rick wstawał o świcie, koło 16tej, jadł śniadanie, obiad i dwa zapasowe obiady, po czym zajmował się pracą. Siedząc nad stertą papierów, obmyślał sposób, żeby w żadnym wypadku nie wychodzić w teren. Zwykle mu się to udawało. Niestety, pojemność kartridża, wynosząca 1,4 ml, zachęcała do wyjścia na zewnątrz. Ale zdecydował się na ten zawód, więc musiał być najlepszy. Znany był z tego, że przywiązywał wagę nawet do najmniejszych rzeczy. Tym razem przywiązywał ją do pralki. Żeby mi nie było jak ostatnim razem – ryknął na wagę. Biedna waga, ostatnim razem, widząc jak Rick zbliża się do niej ze wspaniale wytworzonym mięśniem piwnym uciekła pod szafę. Tym razem mi nie uciekniesz! Waga pisnęła cicho. Szarpanie się z wagą zajęło Rickowi tyle czasu, że postanowił zważyć się później. W knajpie.
Wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi. Miał dwie naładowane baterie i trzy kartomizery. Napełnił dwa virginią, trzeci zostawił oryginalny Davidoff. Tak na wszelki wypadek, jakby przyszło mu przesłuchiwać jakąś wytworną damę. Davidoff ma w końcu wspaniale perfumowany aromat. Idealny do obcowania z kobietami. Rick się tego domyślał, ponieważ kobiety zwykle nie obcowały z nim, w każdym razie nie bliżej niż 50 metrów. Podobno to przez aparycję. Na szczęście Rick nie wiedział co to aparycja, a i był pewien, że żadnej złapać nie mógł. Udał się więc do pobliskiej knajpki, gdzie był stałym klientem. Zamówił sześć golonek i wiadro piwa. Wydawało mu się, że słyszy z dali cichy pisk wagi, dorzucił więc jeszcze do zamówienia Colę Light. No trudno, dieta to dieta. Rozsiadłszy się wygodnie, konsumując w spokoju, zaczął przeglądać dokumenty. Natrafił na pewien trop. Trzeba będzie pozbierać elementy tej układanki, pomyślał. Już wiedział, że musi skontaktować się z pewnym gościem...
Wszystkich komentarzy 8
Komentarze
-
Wysłany 23-02-2010 o 17:39 przez Tusia
-
Dalej, dalej!!! Pożądam!!! Zdecydowanie pożądam ciągu. Dalszego.
I moje pożądanie rośnie z każdą chwilą.
Niniejszym oświadczam, że jesteś moim ulubionym autorem na tym blogu. I tej wersji będę się trzymał. Nawet jakby mnie posłanka Kempa przesłuchiwała w komisji.Wysłany 23-02-2010 o 17:57 przez StaryChemik
-
Ty go babo erotycznymi kobiecymi sposobami nie rozpraszaj! A kysz! Na psa urok! Abramakabra!
On ma wenę, więc ma pisać.
Ja chcę wiedzieć kto zabił i dlaczego był to Kalisiak Zenon syn Euzebiusza i Hermenegildy, zamieszkały w Uszczykach. Na ulicy Atomizera 555.Wysłany 23-02-2010 o 18:09 przez StaryChemik
-
Wysłany 23-02-2010 o 18:18 przez Tusia
-
Ale ja nie rozpraszam Riccardo. Ja nie mam takiego zgrabnego biustu jak Ty.
Może to i dobrze.Wysłany 23-02-2010 o 20:06 przez StaryChemik
-
Wysłany 24-02-2010 o 09:49 przez poli123
-
Tusia - cieszę się, że pomogło. Dziękuję za motylki
SC - Ty, tradycyjnie sobie jaja ze mnie robisz?
poli123 - hmm, a gołą babę na mym blogu widziałeś?
Bardzo Wam wszystkim dziękuję, strasznie mnie to nakręca. Wiem co prawda, że to tylko grafomaństwo i tfu-rSzczość wybitnie chodnikowa, ale cóż poradzę, tylko tak umiem. Ale jeżeli komuś choć cień uśmiechu pojawił się na pyszczku, to jestem w 6tym piekle
W każdym razie, macie jeszcze 2 odcinki, następne będą jak będą.Wysłany 24-02-2010 o 19:13 przez Riccardo
-
Yey!!!!! Dobrze, że wróciłem!!! No toś mnię Ricardo za-fun-do-wał radochę poranną!
Ta rada odnośnie listonoszy- cenna niezmiernie. I odkrycie, że ja też nie jestem hazardzistą...
Szkoda, że muszę się zbierać na śniadanie (i dwa zapasowe), bo czytałbym dalej.
Ale wiem, że pisałeś powoli więc na pewno gdy wrócę to pozostałe teksty jeszcze będą.Wysłany 25-03-2010 o 06:42 przez WuKwas










RSS