Detektyw Rick - cz. 5
Wysłany 27-02-2010 o 20:59 przez Riccardo
Tagi detektyw rick
Otrząsnąwszy się z wydarzeń ubiegłego wieczora oraz resztek płatków śniadaniowych, Rick z wolna zaczął unosić się z kanapy, ku jej niebywałemu zadowoleniu. Podszedł do regału i nastawił muzykę. Lubił relaksować się przy muzyce. Wybrał płytę swojego ulubionego zespołu deathmetalowego – Różowa Rzeźnia. Z głośników rozległ się kojący łoskot. Dosłownie, ponieważ Rick zaplątał się w kable, co spowodowało zdecydowanie przyspieszony kurs ku dołowi z jednoczesnym poznaniem prawa grawitacji przez głośniki. Kable głośnikowe zwykle podłączone są z obu stron i pech chciał, że drugi koniec lub pierwszy początek akurat przypięty był do wieży, która dziwnym zrządzeniem losu znajdowała się dokładnie nad pikującym w kierunku podłogi Rickiem. Oczywiście postanowiła udać się w jego ślady i trafiła go dokładnie w stopy. Chyba nie muszę wspominać, że za wieżą, podobny manewr postanowiła wykonać też półka, która to była przyczepiona do ścianki karton-gips, która to oczywiście nie chciała być gorsza od poprzedzających ją rzeczy. W efekcie Rick przypomniał całkiem pokaźną stertą gruzu, a wzbity w powietrze pył zawstydziłby gęstością nie jedną 510tkę.
Umarłem – pomyślał Rick.
Niestety nie – pomyślała podłoga, po czym wbiła mu drzazgę w wiadomo gdzie, czyli tam, gdzie zwykle wbijają się drzazgi, jeżeli raczymy leżeć brzuchem do góry. Tak, brzuch Ricka zdecydowanie przypominał górę, teraz nawet z ośnieżonym szczytem. Lecz gdy impuls z miejsca wbicia owego malutkiego kawałka drewna doszedł do odpowiedniej szarej komórki w mózgu Ricka, owa góra stała się wręcz wulkanem i wybuchła rozrzucając w wokół gruz i popiół. Rick zadbał przy tym o odpowiednie efekty dźwiękowe, które to zwykle towarzyszą wybuchom wulkanów jak i wbijaniu drzazg. Ale dzięki temu Rick stał na równych nogach. Oż – westchnął, rozglądając się po pobojowisku. Chciał użyć siły woli, czyli tak zwanej Force (po angielsku – forsa, kurdebele, przyp. Lobo), do sprzątnięcia tego bałaganu, lecz Rick charakteryzował się bardzo słabą silną wolą, więc tylko sapnął i prychnął. Bałagan leżał i uśmiechał się, bezczelnie patrząc na Ricka. Nie wiele myśląc (jak zwykle), detektyw przykrył go dywanikiem. Kiedyś posprzątam – pomyślał. Waga rechotała cichutko, przywiązana do kaloryfera.
Rick otrzepał się z kurzu i rozpoczął przygotowania do wyjścia. Założył swój najlepszy jedyny płaszcz, przetarł smalcem buty, poprawił pożyczkę i założył e-kaburę. Zawierała 6 kartomizerów. Włożył do kieszeni koszuli el-cigaro, a do marynarki Indu. Jeszcze tylko trzeba zabrać papiery. Rick nie mógł się zdecydować które, jego biurko wprost uginało się od dokumentacji niedokończonych spraw. Dla Ricka wszystkie te kartki wyglądały identycznie, nigdy nie zadawał sobie trudu przeczytania ich, zakładając, że prawdziwy detektyw powinien wierzyć intuicji oraz horoskopom w brukowcach. Te tanie kolorowe pisemka, były niezwykle użytecznym źródłem informacji – bo skąd na przykład, dowiedziałby się, że za aferą hazardową stoją kosmici? Rick podejrzewał swojego sąsiada analogowca, o to, że jest kosmitą. Miał na to niezbite dowody – kto normalny znika na całe noce? Detektyw kiedyś go śledził i zobaczył, że punktem łączności z obcą cywilizacją jest budka strażnika na parkingu, gdzie sąsiad wchodził i zostawiał swojego avatara, sam się teleportując na marsa czy tam snickersa. To przypominało Rickowi o potrzebie zabrania ze sobą drugiego, trzeciego, czwartego i piątego śniadania. Po namyśle, Rick zabrał tylko drugie i trzecie, pozostałych dwóch nie był w stanie udźwignąć. Przy okazji rozwiązał się problem dokumentacji, Rick po prostu wziął pierwszą z brzegu i zawinął w nią kanapki z chlebem.
Zatrzasnął za sobą drzwi, na wszelki wypadek stosując sztuczkę z zapałką, żeby sprawdzić czy pod jego nieobecność nikt niepowołany nie będzie zaglądał do jego biura. Sztuczka polegała na zostawieniu zapałki w niewidocznym miejscu w ten sposób, że gdy ktoś otworzy drzwi, zapałka powinna wysłać sms do audiotele. Do wygrania akurat był super wyścigowy samochód, marzenie Ricka, Cinquecento Sport 450. Dlatego Rick zostawił dwa pudełka zapałek.
Wyszedł na ulicę. Dla zmylenia kogoś, kto by go zamierzał śledzić, poszedł dokładnie w tę stronę w którą powinien – przecież wtedy sobie pomyślą, że idzie specjalnie w złą stronę, żeby ich zgubić. Plan był genialny, z tym, że Rick się zgubił. To miasto zaskakiwało go za każdym razem, znał je jak własną kieszeń – no właśnie, w jego kieszeni przedmioty też się gubiły. Rick uważał, że kosmici zainstalowali w jego kieszeni czarną dziurę. Czarna dziura szczególnie lubiła drobne monety. Monety miały dziwną przypadłość, znikać zaraz po wizycie pod budką z piwem. Dziwne. Rick odłożył tę sprawę na później. Był mistrzem odkładania wszystkiego na później. Oprócz jedzenia.
Rozejrzał się wokół. Wszystkie te domy wyglądają identycznie, gdzie ja u licha jestem? Podrapał się w miejsce po drzazdze. O – stwierdził – jestem metr od wejścia do swojego domu. Czyżby to było zagięcie czasoprzestrzeni? Pokonanie tego metra tak zmęczyło Ricka, że musiał zjeść drugiej śniadanie, po czym z metra udał się do metra. Najbliższa stacja była raptem 10 minut drogi od domu Ricka. Czyli dla Ricka jakieś 30 minut. I po drodze była knajpka ze wspaniałym... no wszystkim. Rick nieopodal mieszkał i nie omieszkał wstąpić do niej na chwilkę. Po dwóch godzinach przecisnął się przez drzwi i wsiadł do metra. Nagle buch, koła w ruch i... nic. I choćbyś nie wiem jak się wytężał, ledwo się toczy, taki to ciężar. Metro skapitulowało po dwóch stacjach, co nawet było na rękę detektywowi, bo akurat miał wysiadać, a nawet dobrze się stało, bo troszkę przysnął i biedna kobieta, która siedziała na tym samym siedzeniu zaczęła się dusić. Trzech dżentelmenów w dresach próbowało dźwignąć Ricka, ale nie z nim takie numery. Jak się przebudził, gwałtownie wstał i trzech dżentelmenów odbyło lot figurowy w kierunku drugiego końca wagonu. Są teraz na intensywnej terapii.
Detektyw skierował swoje kroki i tym razem resztę siebie też, w kierunku gmachu sądu. Miał tam spotkanie z bardzo ważną personą. Z sędzią Judge. Bały się go wszystkie rzezimieszki, nawet te z analogami. Sędzia Judge bez mrugnięcia okiem potrafił dać dożywotniego bana. Postrach przestępców, nieugięty i nieprzekupny, a mimo to w głębi duszy dobry. Drugim zajęciem sędziego Judge było prowadzenie przytułku dla zbłąkanych e-palaczy. Była to też swojego rodzaju poradnia i biblioteka. Rick marzył, że kiedyś będzie na tyle sławny, że przyjmą go do grona elitarnego klubu Weteranów. Zapukał do drzwi.
Wlazł – ryknął sędzia. Aaaa, Rick, miło Cię widzieć – uśmiechnął się półgębkiem – mów czego chcesz i się wynoś.
Rick podał mu dokumenty. Judge je rozwinął – bez ogórka? – powiedział patrząc się na kanapki Ricka. Rick zrobił się zielony ze wstydu, starając się jak najbardziej upodobnić do wymarzonego warzywa sędziego. Niestety, udało mu się tylko przybrać wygląd przerośniętego arbuza.
Spieszyłem się – wymamrotał.
Dobrze więc – powiedział sędzia Judge – dam Ci wskazówkę. Zdjął zegarek, odkręcił szkiełko i podał Rickowi jedną. Ewidentnie wskazywała na północ. A tam znajdowało się...
Umarłem – pomyślał Rick.
Niestety nie – pomyślała podłoga, po czym wbiła mu drzazgę w wiadomo gdzie, czyli tam, gdzie zwykle wbijają się drzazgi, jeżeli raczymy leżeć brzuchem do góry. Tak, brzuch Ricka zdecydowanie przypominał górę, teraz nawet z ośnieżonym szczytem. Lecz gdy impuls z miejsca wbicia owego malutkiego kawałka drewna doszedł do odpowiedniej szarej komórki w mózgu Ricka, owa góra stała się wręcz wulkanem i wybuchła rozrzucając w wokół gruz i popiół. Rick zadbał przy tym o odpowiednie efekty dźwiękowe, które to zwykle towarzyszą wybuchom wulkanów jak i wbijaniu drzazg. Ale dzięki temu Rick stał na równych nogach. Oż – westchnął, rozglądając się po pobojowisku. Chciał użyć siły woli, czyli tak zwanej Force (po angielsku – forsa, kurdebele, przyp. Lobo), do sprzątnięcia tego bałaganu, lecz Rick charakteryzował się bardzo słabą silną wolą, więc tylko sapnął i prychnął. Bałagan leżał i uśmiechał się, bezczelnie patrząc na Ricka. Nie wiele myśląc (jak zwykle), detektyw przykrył go dywanikiem. Kiedyś posprzątam – pomyślał. Waga rechotała cichutko, przywiązana do kaloryfera.
Rick otrzepał się z kurzu i rozpoczął przygotowania do wyjścia. Założył swój najlepszy jedyny płaszcz, przetarł smalcem buty, poprawił pożyczkę i założył e-kaburę. Zawierała 6 kartomizerów. Włożył do kieszeni koszuli el-cigaro, a do marynarki Indu. Jeszcze tylko trzeba zabrać papiery. Rick nie mógł się zdecydować które, jego biurko wprost uginało się od dokumentacji niedokończonych spraw. Dla Ricka wszystkie te kartki wyglądały identycznie, nigdy nie zadawał sobie trudu przeczytania ich, zakładając, że prawdziwy detektyw powinien wierzyć intuicji oraz horoskopom w brukowcach. Te tanie kolorowe pisemka, były niezwykle użytecznym źródłem informacji – bo skąd na przykład, dowiedziałby się, że za aferą hazardową stoją kosmici? Rick podejrzewał swojego sąsiada analogowca, o to, że jest kosmitą. Miał na to niezbite dowody – kto normalny znika na całe noce? Detektyw kiedyś go śledził i zobaczył, że punktem łączności z obcą cywilizacją jest budka strażnika na parkingu, gdzie sąsiad wchodził i zostawiał swojego avatara, sam się teleportując na marsa czy tam snickersa. To przypominało Rickowi o potrzebie zabrania ze sobą drugiego, trzeciego, czwartego i piątego śniadania. Po namyśle, Rick zabrał tylko drugie i trzecie, pozostałych dwóch nie był w stanie udźwignąć. Przy okazji rozwiązał się problem dokumentacji, Rick po prostu wziął pierwszą z brzegu i zawinął w nią kanapki z chlebem.
Zatrzasnął za sobą drzwi, na wszelki wypadek stosując sztuczkę z zapałką, żeby sprawdzić czy pod jego nieobecność nikt niepowołany nie będzie zaglądał do jego biura. Sztuczka polegała na zostawieniu zapałki w niewidocznym miejscu w ten sposób, że gdy ktoś otworzy drzwi, zapałka powinna wysłać sms do audiotele. Do wygrania akurat był super wyścigowy samochód, marzenie Ricka, Cinquecento Sport 450. Dlatego Rick zostawił dwa pudełka zapałek.
Wyszedł na ulicę. Dla zmylenia kogoś, kto by go zamierzał śledzić, poszedł dokładnie w tę stronę w którą powinien – przecież wtedy sobie pomyślą, że idzie specjalnie w złą stronę, żeby ich zgubić. Plan był genialny, z tym, że Rick się zgubił. To miasto zaskakiwało go za każdym razem, znał je jak własną kieszeń – no właśnie, w jego kieszeni przedmioty też się gubiły. Rick uważał, że kosmici zainstalowali w jego kieszeni czarną dziurę. Czarna dziura szczególnie lubiła drobne monety. Monety miały dziwną przypadłość, znikać zaraz po wizycie pod budką z piwem. Dziwne. Rick odłożył tę sprawę na później. Był mistrzem odkładania wszystkiego na później. Oprócz jedzenia.
Rozejrzał się wokół. Wszystkie te domy wyglądają identycznie, gdzie ja u licha jestem? Podrapał się w miejsce po drzazdze. O – stwierdził – jestem metr od wejścia do swojego domu. Czyżby to było zagięcie czasoprzestrzeni? Pokonanie tego metra tak zmęczyło Ricka, że musiał zjeść drugiej śniadanie, po czym z metra udał się do metra. Najbliższa stacja była raptem 10 minut drogi od domu Ricka. Czyli dla Ricka jakieś 30 minut. I po drodze była knajpka ze wspaniałym... no wszystkim. Rick nieopodal mieszkał i nie omieszkał wstąpić do niej na chwilkę. Po dwóch godzinach przecisnął się przez drzwi i wsiadł do metra. Nagle buch, koła w ruch i... nic. I choćbyś nie wiem jak się wytężał, ledwo się toczy, taki to ciężar. Metro skapitulowało po dwóch stacjach, co nawet było na rękę detektywowi, bo akurat miał wysiadać, a nawet dobrze się stało, bo troszkę przysnął i biedna kobieta, która siedziała na tym samym siedzeniu zaczęła się dusić. Trzech dżentelmenów w dresach próbowało dźwignąć Ricka, ale nie z nim takie numery. Jak się przebudził, gwałtownie wstał i trzech dżentelmenów odbyło lot figurowy w kierunku drugiego końca wagonu. Są teraz na intensywnej terapii.
Detektyw skierował swoje kroki i tym razem resztę siebie też, w kierunku gmachu sądu. Miał tam spotkanie z bardzo ważną personą. Z sędzią Judge. Bały się go wszystkie rzezimieszki, nawet te z analogami. Sędzia Judge bez mrugnięcia okiem potrafił dać dożywotniego bana. Postrach przestępców, nieugięty i nieprzekupny, a mimo to w głębi duszy dobry. Drugim zajęciem sędziego Judge było prowadzenie przytułku dla zbłąkanych e-palaczy. Była to też swojego rodzaju poradnia i biblioteka. Rick marzył, że kiedyś będzie na tyle sławny, że przyjmą go do grona elitarnego klubu Weteranów. Zapukał do drzwi.
Wlazł – ryknął sędzia. Aaaa, Rick, miło Cię widzieć – uśmiechnął się półgębkiem – mów czego chcesz i się wynoś.
Rick podał mu dokumenty. Judge je rozwinął – bez ogórka? – powiedział patrząc się na kanapki Ricka. Rick zrobił się zielony ze wstydu, starając się jak najbardziej upodobnić do wymarzonego warzywa sędziego. Niestety, udało mu się tylko przybrać wygląd przerośniętego arbuza.
Spieszyłem się – wymamrotał.
Dobrze więc – powiedział sędzia Judge – dam Ci wskazówkę. Zdjął zegarek, odkręcił szkiełko i podał Rickowi jedną. Ewidentnie wskazywała na północ. A tam znajdowało się...
Wszystkich komentarzy 4
Komentarze
-
Krótka krytyka detektywa Ricka
No muszę... inaczej się uduszę. Niby dobrze, ale po co od razu wciskać kit czytelnikom? Żeby chociaż pszczeli.
No bo co to niby znaczy - "wsiadł do metra"?
Sprawdźmy:
No i jak? Wsiadł do definicji? Ten autor coś chyba kręci. A miała być taka poważna powieść. Ale to się nie mogło powieść. Ryk, ryk, marcheweczka!Wysłany 27-02-2010 o 22:49 przez StaryChemik
-
Wysłany 27-02-2010 o 22:57 przez Riccardo
-
Wysłany 28-02-2010 o 08:51 przez Czarna
-
Wysłany 28-02-2010 o 09:34 przez Riccardo








Świetna karykatura 


RSS