Detektyw Rick - cz. 6
Wysłany 21-03-2010 o 13:31 przez Riccardo
Tagi detektyw rick
Detektyw w skupieniu przyglądał się leżącej na dłoni wskazówce. Jest grot wskazywał na północ. Rick pomyślał – i tylko raz przy tym zemdlał – że północ to późno, ciemno i straszno, więc odpuścił sobie podążanie we wskazanym przez wskazówkę wskazującą kierunku. Poza tym, o północy zwykł jadać dwunasty obiad. Rick rozciągnął się na kanapie, która to nagle zapragnęła popełnić harakiri. Rick zapragnął coś zjeść. Kanapa, jakby odgadując jego myśli, była przerażona. Miała tylko nadzieję, że Rick nie skojarzy jej z kanapką. Rick skojarzył ją z kanapką więc udał się do lodówki. Miał się udać co mu się oczywiście nie udało. Zadzwonił telefon. Rick nie wiedział do kogo tak wydzwania aparat, ale już wiedział skąd te zawyżone rachunki telefoniczne. Niestety musiał przymykać oko na te wybryki telefonu, na jego wydzwanianie po nocach na sex-telefony dla aparatów – telefon był mu niezbędny do życia. Tak, jak się nie je to się umiera. Stos ulotek z jedzeniem na telefon był dosyć wymowny, mimo że się nie odzywał. Rick nie chciał umierać więc na wszelki wypadek jadł bez przerwy. Od tej reguły był jeden wyjątek. Choćby nie wiem co się działo, Rick zawsze robił przerwę na lunch. Zwykle od 12 do 18tej. Potem szybka przekąska i można zabierać się do pracy.
Jednak coś było w tej wskazówce, jakimś magicznym sposobem przyciągała jego wzrok, hipnotyzowała jego spojrzenie, władała jego myślami (oprócz tych o jedzeniu). Rick założył na nos denka od musztardy. Paaaaaliiiii – rickną Ryk, no cóż, bez okularów kiepsko widział i założył pełne słoiki. Natychmiast pobiegł do łazienki i szybko włożył głowę pod kran. Ufff, co za ulga – powoli zaczął odzyskiwać wzrok. Nagłe uderzenie w tył głowy uświadomiło mu że to jednak nie była umywalka. Rick podniósł deskę sedesową...
Po doprowadzeniu się do porządku, zjedzeniu obiadu z 12 dań (Rick coś słyszał o takiej polskiej tradycji), wziął lupę i zaczął przyglądać się wskazówce. Zobaczył maleńki napis. Tak, to było to. Made In China. Teraz już wiedział gdzie ma się udać. Założył płaszcz i wybiegł z biura, kierując swe kroki, jak i resztę gabarytu w stronę budki z chińskim żarciem.
Rick pędził najszybciej jak umiał. Wiatr rozwiewał mu włosy (trzy), wzbijał za sobą tumany kurzu, za nim rozpętało się prawdziwe piekło. Pęd Ricka powodował istny huragan. Kątem oka zobaczył mijający go walec drogowy... To go ocuciło, w samą porę, bo minąłby dosyć ważne miejsce. Stanął jak wryty. Przed jego oczami stał olbrzymi, zabytkowy budynek. Nad wielkimi, ciężkimi drzwiami znajdował się neon – Muzeum Elektronicznych Papierosów.
Detektyw pchnął ciężkie dębowe skrzydło drzwi. Drzwi popchnęły Ricka. Sędziowie z billboardu Tańca z gwizdami dali mu najwyższe noty, za potrójne salto z przytupem w tył ze schodów. Chodnik obraził się i odepchnął Ricka z powrotem. Siłą rozpędu detektyw wpadł do środka. Urocza panienka natychmiast ofuknęła Ricka i czym prędzej się oddaliła. Rozejrzał się. Dziwne pomyślał – nie widziałem jeszcze muzeum po którym pałętają się zwierzęta. I do tego rozmawiają ze sobą, wypuszczając chmury. Zobaczyły go! Rick szybko pomyślał że jest niewidzialny, widział kiedyś w kinie że to działa. I chyba zadziałało bo osiołek – w każdym razie tak wyglądał, chociaż było ciężko to stwierdzić, ponieważ miał naciągnięty na łeb czarny worek – odbijając się od kolumn, czym prędzej gdzieś się oddalił. Natomiast dosyć postawny wielbłąd w garniaku skierował swe kroki ku niemu. A niech to – pomyślał Rick – pewnie widzi w nadczerwieni i podfiolecie.
Witaj w muzeum – powiedział. Chyba cię tu jeszcze nie widziałem. W czym ci mogę pomóc?
Detektyw pomyślał, że może warto spytać o kanapkę, ale tylko wyciągnął rękę ze wskazówką.
Jesteś zegarmistrzem? – spytał wielbłąd.
Rick się na puszył, nikt go jeszcze mistrzem nie nazwał. No może oprócz sportowców po chemioterapii, którzy raz do niego zawołali – ej, mistrzu, pożycz piątaka.
Bryuap – sapną Rick.
Aaaa, poznaję – powiedział wielbłąd – jesteś Rick?
Prubrb – odpowiedział Rick. Wrażenie odebrało mu mowę i gdzieś zwiało. Na szczęście pozostał mu jeszcze coraz to bardziej pusty żołądek, który wydawał podobne dźwięki.
No dobrze, pokażę Ci coś – zaprowadził Ricka do pewnej gablotki. Zobacz – powiedział – to jest Health. On cię doprowadzi do rozwiązania zagadki. Podejrzewam, że jest to swoisty koń trojański, podrzucony nam przez Farmaceutów.
Rick wyszedł z muzeum oszołomiony. Dziwny ten koń. Rick widział kiedyś konia w telewizji. Opowiadała o nim jakaś Jola, dziwacznie ubrana, więc pewnie jakieś medium. Ale na pewno się znała na koniach. Więc Rick doskonale wiedział że konie są różowe i mają róg. Może temu wielbłądowi coś się pomyliło? Ale znał Farmaceutów. Więc może jednak mu zaufać? Detektyw postanowił zbadać sprawę Healtha. Ale to już jutro, bo teraz trzeba coś zjeść. Rick słaniał się z głodu, nie jadł już od godziny. Wskazówka którą cały czas trzymał w dłoni, boleśnie wbijając się, przypomniała mu o chińczyku. Cień uśmiechu pojawił się na twarzy Ricka...
Jednak coś było w tej wskazówce, jakimś magicznym sposobem przyciągała jego wzrok, hipnotyzowała jego spojrzenie, władała jego myślami (oprócz tych o jedzeniu). Rick założył na nos denka od musztardy. Paaaaaliiiii – rickną Ryk, no cóż, bez okularów kiepsko widział i założył pełne słoiki. Natychmiast pobiegł do łazienki i szybko włożył głowę pod kran. Ufff, co za ulga – powoli zaczął odzyskiwać wzrok. Nagłe uderzenie w tył głowy uświadomiło mu że to jednak nie była umywalka. Rick podniósł deskę sedesową...
Po doprowadzeniu się do porządku, zjedzeniu obiadu z 12 dań (Rick coś słyszał o takiej polskiej tradycji), wziął lupę i zaczął przyglądać się wskazówce. Zobaczył maleńki napis. Tak, to było to. Made In China. Teraz już wiedział gdzie ma się udać. Założył płaszcz i wybiegł z biura, kierując swe kroki, jak i resztę gabarytu w stronę budki z chińskim żarciem.
Rick pędził najszybciej jak umiał. Wiatr rozwiewał mu włosy (trzy), wzbijał za sobą tumany kurzu, za nim rozpętało się prawdziwe piekło. Pęd Ricka powodował istny huragan. Kątem oka zobaczył mijający go walec drogowy... To go ocuciło, w samą porę, bo minąłby dosyć ważne miejsce. Stanął jak wryty. Przed jego oczami stał olbrzymi, zabytkowy budynek. Nad wielkimi, ciężkimi drzwiami znajdował się neon – Muzeum Elektronicznych Papierosów.
Detektyw pchnął ciężkie dębowe skrzydło drzwi. Drzwi popchnęły Ricka. Sędziowie z billboardu Tańca z gwizdami dali mu najwyższe noty, za potrójne salto z przytupem w tył ze schodów. Chodnik obraził się i odepchnął Ricka z powrotem. Siłą rozpędu detektyw wpadł do środka. Urocza panienka natychmiast ofuknęła Ricka i czym prędzej się oddaliła. Rozejrzał się. Dziwne pomyślał – nie widziałem jeszcze muzeum po którym pałętają się zwierzęta. I do tego rozmawiają ze sobą, wypuszczając chmury. Zobaczyły go! Rick szybko pomyślał że jest niewidzialny, widział kiedyś w kinie że to działa. I chyba zadziałało bo osiołek – w każdym razie tak wyglądał, chociaż było ciężko to stwierdzić, ponieważ miał naciągnięty na łeb czarny worek – odbijając się od kolumn, czym prędzej gdzieś się oddalił. Natomiast dosyć postawny wielbłąd w garniaku skierował swe kroki ku niemu. A niech to – pomyślał Rick – pewnie widzi w nadczerwieni i podfiolecie.
Witaj w muzeum – powiedział. Chyba cię tu jeszcze nie widziałem. W czym ci mogę pomóc?
Detektyw pomyślał, że może warto spytać o kanapkę, ale tylko wyciągnął rękę ze wskazówką.
Jesteś zegarmistrzem? – spytał wielbłąd.
Rick się na puszył, nikt go jeszcze mistrzem nie nazwał. No może oprócz sportowców po chemioterapii, którzy raz do niego zawołali – ej, mistrzu, pożycz piątaka.
Bryuap – sapną Rick.
Aaaa, poznaję – powiedział wielbłąd – jesteś Rick?
Prubrb – odpowiedział Rick. Wrażenie odebrało mu mowę i gdzieś zwiało. Na szczęście pozostał mu jeszcze coraz to bardziej pusty żołądek, który wydawał podobne dźwięki.
No dobrze, pokażę Ci coś – zaprowadził Ricka do pewnej gablotki. Zobacz – powiedział – to jest Health. On cię doprowadzi do rozwiązania zagadki. Podejrzewam, że jest to swoisty koń trojański, podrzucony nam przez Farmaceutów.
Rick wyszedł z muzeum oszołomiony. Dziwny ten koń. Rick widział kiedyś konia w telewizji. Opowiadała o nim jakaś Jola, dziwacznie ubrana, więc pewnie jakieś medium. Ale na pewno się znała na koniach. Więc Rick doskonale wiedział że konie są różowe i mają róg. Może temu wielbłądowi coś się pomyliło? Ale znał Farmaceutów. Więc może jednak mu zaufać? Detektyw postanowił zbadać sprawę Healtha. Ale to już jutro, bo teraz trzeba coś zjeść. Rick słaniał się z głodu, nie jadł już od godziny. Wskazówka którą cały czas trzymał w dłoni, boleśnie wbijając się, przypomniała mu o chińczyku. Cień uśmiechu pojawił się na twarzy Ricka...
Wszystkich komentarzy 2













RSS